Polska Tradycja Romantyczna Jako Zaprzeczenie Polityki Realnej – Leszek Sykulski

W polskiej tradycji politycznej ostatnich 200 lat dominuje swoista tanatofilia, czyli zamiłowanie do narodowego męczeństwa. Martyrologia stała się rdzeniem polityki historycznej, będącej dominantą polskiej polityki zagranicznej. Stanowi ona swoisty fatalizm, który niemal całkowicie redukuje racjonalne myślenie. Geopolityka uczy, że przecenianie własnych sił prowadzi wprost do katastrofy. Przestrzeń zawsze upomina się o swoje prawa. Polski establiszment nie zapomniał tej dewizy. On jej nigdy nie przyswoił. W Polsce nie uprawiano i nie uprawia się polityki realnej, ponieważ ta nie może być odseparowana od geopolityki. Polskie elity wolą żywić się fantasmagoriami niż zrozumieć, na czym polega istota globalnej rywalizacji. Stąd od kilkuset lat na arenie międzynarodowej Polacy ponoszą klęskę za klęską, nie potrafiąc znaleźć własnej przestrzeni politycznej. 

Przełom ustrojowo-polityczny roku 1989 r. rozpoczął kolejny „romantyczny” rozdział polskiej historii. Dwie dekady III RP w zakresie kształtowania elity intelektualnej i politycznej są jedynie powielaniem starych schematów myślowych. Polska polityka od czasu do czasu zmienia swój styl, jak zmienia się np. kolor czy sposób zawiązania szalika, lecz nie zmienia swoich głównych wektorów, przez co ciągle jest źle dopasowana. Pamiętać należy, że w źle zawiązanym szaliku można się nawet udusić. 

Polska myśl polityczna tkwi w anachronicznym powielaniu starych idei. Kanonem czy wręcz punktem honoru (słowo mocno nadużywane w Polsce, o czym niżej) po 1989 r. dla większości ugrupowań politycznych stało się nawiązywanie do określonej – najlepiej przedwojennej – tradycji. Skutkowało to odgrzewaniem starych nazw partii i organizacji, albo – jeszcze bardziej komicznym – powielaniem zamierzchłych programów politycznych. Zjawiskiem częstym stało się dodawanie przedrostków neo- lub post- do określonego nurtu ideowego. Bierność i anachronizm polskiej myśli politycznej, wynikająca w dużej mierze z zagubienia w nowej rzeczywistości geopolitycznej i braku umiejętności właściwego jej odczytania, skutkuje albo kompletnym oderwaniem się od realiów i „odpłynięciu” w sferę myślenia życzeniowego, albo de facto rezygnacją z uprawiania świadomej polityki zagranicznej i skupieniem się jedynie na „administrowaniu” krajem. 

Polacy jako naród postmocarstwowy

Z lektury pism politycznych ostatniego dwudziestolecia oraz analizy wypowiedzi polityków różnych opcji politycznych wyziera smutny obraz Polaków jako narodu postmocarstwowego czy wręcz postimperialnego. Upadek idei polskiego mocarstwa najpierw w epoce nowożytnej, a następnie w okresie międzywojennym wpłynął w sposób zasadniczy na charakter narodowy Polaków i kształtowanie elit polityczno-intelektualnych naszego kraju. Z jednej strony przebija charakterystyczna dla narodów postmocarstwowych wyższość okazywana innym narodom (w przypadku Polski sąsiadom ze wschodu i południa), a z drugiej strony poczucie niższości wobec realnych mocarstw. Skutkiem takiej narodowej psychiki jest polityczna frustracja, której emanacją staje się „polityka gestu”, sterowana przez nastroje i emocje. Permanentne domaganie się przeprosin od Niemiec i Rosji przez sterowników polskiej polityki zagranicznej stało się już rodzajem narodowego sportu. Zamiast wspólnie budować nową rzeczywistość geopolityczną, Polska stara się za wszelką cenę wbić klin między integrujący się kontynent. Najgorsze jest to, że nie wbija tego klina własnymi rękoma. 

Słowem kluczem otwierającym polską psychikę, kształtującym świadomość polityczną i wreszcie samą politykę stało się słowo „honor”. Termin ten od niepamiętnych czasów zastępuje w naszym kraju racjonalne myślenie w polityce i o polityce, a często też samą politykę. Archetypem wręcz rodzimej dyplomacji po 1989 r. stała się karykaturalna postać przedwojennego ministra spraw zagranicznych RP, płk. Józefa Becka, który, nie mając żadnego pomysłu na prowadzenie polityki, jedynie poza polityką gestu i frazesu (vide: operetkowa agresja na Zaolzie), sprowadził ją do tego jednego pojęcia, w myśl zasady „honor jest, rozumu nie trzeba”. 

Nikt nie broni politykom wyznawać określonych wartości, jest to nawet pożądane, ale pamiętać należy, że kierowanie państwem wymaga umiejętności przedkładania racji stanu nad własne uprzedzenia i moralne wahania. Polityka realna wymaga prowadzenia chłodnej kalkulacji, wolnej od egzaltowanych uniesień. Do rangi symbolu polityki III RP urasta wybudowanie Muzeum Powstania Warszawskiego, w którym nie znalazło się nawet niewielkie miejsce na przedstawienie sporów dotyczących podjęcia decyzji o jego rozpoczęciu. 

Demonizacja w Polsce naszych największych sąsiadów: Niemiec i Rosji, wykorzystywana jest cynicznie w bieżącej grze politycznej i służy wyłącznie partykularnym interesom partyjnym. Ani Polsce, ani jej obywatelom nie przynosi niczego dobrego polityka roszczeniowa, wiecznego wypominania dziejowych krzywd i pretensji o wciąż nowe przeprosiny. 

Polska polityka zagraniczna po 1989 r. ma bodaj najbardziej awanturniczy charakter w dziejach. Warszawa prowadziła i prowadzi operacje wojskowe i wywiadowcze w większości części świata, od operacji w Ameryce Łacińskiej (Haiti), przez Azję (Irak, Afganistan), po Afrykę (Czad). Zachowuje się, niczym prawdziwe mocarstwo. Szkoda tylko, że w większości nie w swoim interesie. Ścisła współpraca wojskowa ze Stanami Zjednoczonymi jest wykorzystywana przez Waszyngton do dezintegracji wspólnoty europejskiej. Polskimi rękoma Amerykanie starają się działać m.in. na szkodę naszego największego sąsiada. Stare, mądre powiedzenie mówi: „sojuszników szukaj blisko, a wrogów daleko”. Polska polityka jest tego ewidentnym zaprzeczeniem. I jak to często w historii bywa, pewnie znów „obudzimy się z ręką w nocniku”. My, czyli obywatele, a nie „mędrcy” z Szucha czy Miłobędzkiej. 

Zachodniactwo – aksjomat polskich elit polityczno-intelektualnych 

Nie da się ukryć, że analiza globalnego i regionalnego układu sił w polskiej myśli politycznej tzw. głównego nurtu, a zwłaszcza w badaniach z zakresu stosunków międzynarodowych dotknięta jest silnym wpływem teoretyków amerykańskich. Należy zgodzić się z opinią Ryszarda Skarzyńskiego, iż wielu przedstawicieli polskiej nauki, reprezentujących tzw. naukę o stosunkach międzynarodowych, to swego rodzaju bezkrytyczne „ideokopiarki” amerykańskich teorii. Teorie stosunków międzynarodowych, tworzone w USA, to swoisty metajęzyk, posługujący się szeroko kategoriami z zakresu nauk społecznych, a w istocie sprowadzający się do „naukowego” uzasadniania ekspansjonistycznej polityki USA. Tworzą one odrębny styl myślowy oddziaływujący na szerokie masy inteligencji (naukowców, dziennikarzy, polityków), a także przeciętnych obywateli przez eksportowanie kodów geopolitycznych zgodnych z interesami Waszyngtonu. 

Istotą amerykańskiej manipulacji jest manipulacja językiem, której celem jest narzucenie matryc (wzorów) myślowych poprzez transmisję konkretnych idei politycznych. Truizmem jest powiedzieć, że przestrzeń informacyjna jest ściśle powiązana z systemem określonych wartości, kodów geokulturowych. Pod tym kątem Polska stanowi obecnie w dużej mierze element atlantyckiej przestrzeni informacyjnej wraz ze wszystkimi tego konsekwencjami. Zgodnie z teorią kodów geopolitycznych oraz zasadami prowadzenia wojny informacyjnej włączenie w daną strefę informacyjną powoduje zmiany kodu geopolitycznego, a co za tym idzie głównych wektorów polityki zewnętrznej. Polska po 1989 r. jest tego doskonałym przykładem. 

Policentryzacja globalnego układu sił w dobie postępującego rozwoju i ekspansji cywilizacji informacyjnej determinuje nowe potrzeby kształtowania bezpieczeństwa. Z uwagi na swoje położenie geograficzne Warszawa może skutecznie włączyć się w kształtowanie nowego regionalnego systemu bezpieczeństwa. Polska, zamiast pełnić rolę amerykańskiego konia trojańskiego (lub osła, jak kto woli) w Europie, może stać się orędownikiem nowej regionalnej agendy bezpieczeństwa. Należy porzucić przebrzmiałe geopolityczne idee Międzymorza czy ich komiczne reinkarnacje („Partnerstwo Wschodnie”), które sprowadzają się wyłącznie do tworzenia kontynentalnego szlabanu, i skupić się na pozytywnej roli, jaką nasz region może odegrać w ramach nowej osi geopolitycznej. Zwolennicy powrotu do „polityki prometejskiej” to zwyczajnie „pasażerowie martwej wizy”, stronnicy zdezaktualizowanych, dawno przebrzmiałych poglądów, którym historia pokazała „czerwoną kartkę”. Posługując się antykwarycznym światopoglądem, który za wszelką cenę starają się narzucić większości społeczeństwa, dążą w pełni świadomie do politycznej konfrontacji, która musi się skończyć kolejną dziejową katastrofą.

Dziś wyzwaniem najbliższej przyszłości dla naszego kraju powinno być zapewnienie bezpieczeństwa w Europie Środkowo-Wschodniej. Polska powinna być orędownikiem nowego systemu bezpieczeństwa na kontynencie, a bezpośrednio włączyć się w tworzenie regionalnego układu o bezpieczeństwie zbiorowym. Taki układ nie może być ekskluzywny, wyłączający państwa nie podzielające amerykańskiej optyki, lecz inkluzywny – włączający zarówno Rosję jak i Białoruś. 

5 5 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadomienie o
guest

6 Komentarze
Najstarszy
Najnowszy Najwięcej głosów
Informacje zwrotne Inline
Wyświetl wszystkie komentarze
Alb
Alb
2 miesiące temu

Jestem zawiedziony. Spodziewałem się czegoś więcej niż sama krytyka polityki ostatnich trzydziestu kilku lat. Oczekiwałem chociażby tylko wskazania kierunku wg autora słusznego. Zdanie o włączeniu Rosji i Białorusi w tym kontekście brzmi trochę jak kpina.
Podstawowym błędem autora jest wrzucenie do jednego worka polityki wszystkich Rządów ostatnich lat, podczas gdy różniły się one zasadniczo. Mieliśmy Rządy skłaniające się w stronę Rosji, Rządy ewidentnie skłaniające się ku Berlinowi i oczywiście takie, które opierały się o Waszyngton. Autor wszystkim im zarzuca proamerykańskość i oczywiście za to potępia. Autor mówi o „nowej osi geopolitycznej”. Pytanie brzmi jednak z kim mamy tworzyć tą oś? Z Rosją i Białorusią? Ani Rosja nie jest zainteresowana taką osią ani tym bardziej Białoruś. Tak się dziwnie składa, że jedynymi państwami które widziały/widzą/chciały by widzieć taką rolę Polski są kraje, które właśnie wpisują się w wyśmiewaną przez autora koncepcję Międzymorza.
Przytoczone „sojuszników szukaj blisko, a wrogów daleko” jest słuszne ale tylko w teorii. Aby szukać bliskich sojuszników to oni również muszą muszą być zainteresowani sojuszem. Sojuszem rozumianym jako współpracę równorzędnych partnerów (proporcjonalnie do do skali oczywiście) Niestety tak się dziwnie składa, że ci nasi potencjalni sojusznicy widzą naszą rolę jedynie jako posłusznego wykonawcy ich decyzji. I jedyne co ich interesuje w takim „sojuszu” to aby Polska nie stała się zbyt silnym partnerem. Aby nie dopominała się o własne interesy i czynną, rzeczywistą i aktywną rolę w geopolityce. Nawet jeśli ta geopolityka dotyczyłaby jedynie Europy środkowowschodniej.
Autor zarzuca naszym politykom wbijanie amerykańskiego klina w jedność Europy. Czy aby na pewno? Takim klinem była rezygnacja z tarczy antyrakietowej przez poprzedni Rząd Tuska? Takim klinem była pasywna rola (de facto zgoda) w tworzeniu Nordstreamu?
Nawiasem mówiąc tak ma wyglądać nasza rola w sojuszach? Rola godząca się na uzależnienie energetyczne od „bliskich sojuszników”
Zgadzam się, że możemy przez nasze położenie geograficzne odgrywać bardzo istotną rolę w Europie i w współpracy, szeroko rozumianej, pomiędzy Europą i Azją. Aby jednak to się stało Polska musi stać się krajem silnym i gospodarczo i politycznie. Powiem więcej, uważam, że jeśli Polska stałaby się takim właśnie krajem to automatycznie stałaby się krajem bardzo istotnym, decydentem na osi wschód – zachód i jednocześnie północna Europa – południowa Europa. Właśnie dlatego, „ci nasi bliscy sojusznicy” bardzo dbają aby Polska „zbytnio nie urosła”.
Moim zdaniem w obecnej sytuacji geopolitycznej (szczególnie tego co dzieje się w Europie) jedyną naszą szansą na rozwój jest silna współpraca ze Stanami Zjednoczonymi. I to z kilku powodów. Po pierwsze silna Polska nie zagraża Stanom, więc nie będą przeszkadzały w rozwoju (będą wręcz wspierały) Po drugie, Stanom nie zależy na jedności Europy (zgadzam się z autorem) dlatego, będąc silnymi, będziemy ich „koniem trojańskim” ale koniem, który jednocześnie na tym zyska. Paradoksalnie, w innej sytuacji, naszym interesem byłaby zjednoczona Europa. Ale w innej sytuacji. Niestety to co dzieje się w UE od 15 lat ewidentnie uderza w nas. Polityka osi Berlin – Paryż powoduje marginalizację i Polski i innych krajów. Wg mnie, nawiasem mówiąc, jeśli taka marginalizacja się powiedzie to za kilka, kilkanaście lat największym oszukanym będzie Paryż i Francja ponieważ po wasalizacji pozostałych krajów Niemcy bardzo szybko zmarginalizują i Francję.
Jeszcze o „sojuszników szukaj blisko …..”
Klika lat temu któryś dziennikarz odwiedził w Izraelu przyjaciela swojego ojca z czasów Powstania Warszawskiego. Były to czasy poprzednich rządów Donalda Tuska. Dziennikarz to co powiedział mu „stary żyd”
„Jeśli wasz Rząd, Polacy jest chwalony i w Berlinie i w Moskwie, to wy Polacy powinniście zacząć się martwić”
Moje prywatne zdanie jest takie, że obecnie jesteśmy jeszcze jakiś czas skazani na rolę „młodszego brata” i „ubogiego krewnego”. Ja jednak wolę mieć „wielkiego brata” 5000 kilometrów od siebie a nie 500.
pozdrawiam

gol
gol
2 miesiące temu

Pokolenia Polaków zostały zatrute utopijnym romantyzmem. Wlnosci upatrywały wzrywie o charakterze militarnym z silniejszymi mocarstwami. to oczywisty nonsens , ktory zweryfikowały katastrofy. W polityce OORP widac reaktywacje tych zgubnej ideologii. Stad wyłacznie aktywnosc wojskowa w ramach NATO, zazwyczaj w cudzych wojnach. Tak jakby mocarstwowosć to była wylacznie siła zvrojna. tymczasem pominieto wiele istotnych kwestii dla panstwowosci. znaczenie panstwa wynika obecnie zdily gospodarcze, naukowej i kulturowej. Na tych polach widac calkowite zaniedbania w IIIRP. Gospodarka stała sie kolonialna, akultura narodowa zepchnieta na margines za wszechoobecny anglosaską dominacje.

Tomasz Dąbała
Tomasz Dąbała
2 miesiące temu

„Dzięki straszliwej potędze naszych międzynarodowych banków, zmusiliśmy chrześcijan do licznych wojen. Wojny mają dla Żydów szczególną wartość, bo chrześcijanie wyżynają się wzajemnie i robią więcej miejsca dla nas, Żydów. Wojny są żydowskimi żniwami, na chrześcijańskich wojnach tuczą się żydowskie banki. Ponad 100.000.000 chrześcijan usunięto z powierzchni ziemi dzięki wojnom, a to jeszcze nie koniec”.

rabin Reinchorn

Słowa wypowiedziane w 1869 r. w Pradze
nad grobem rabina Simeona Ben-Iudah

Tomko Billy
Tomko Billy
2 miesiące temu

Mysle ze sytuacja jest beznadziejna. Polskie spoleczenstwo w ogromnej wiekszosci jest calkowicie nieodporne na propagandowe manipulacje. I poziom wyksztalcenia nie ma tu znaczenia – ( z laciny: ” Gdybys milczal nadal uchodzilbys za filozofa” )

Dariusz Kwoka
Dariusz Kwoka
2 miesiące temu

Niezmiernie się cieszę, że w polskiej przestrzeni publicznej i medialnej jest ktoś taki jak Dr Leszek Sykulski

Kasparow
Kasparow
2 miesiące temu

Jaka znowu k…a „agresja na Zaolzie”. Polska wystosowała do Czechosłowacji ultimatum o przekazanie (zwrot) Zaolzia – ziemi etnicznie polskiej, która całkowicie bezprawnie , bez woli ludności, bez plebiscytu została zajęta w drodze napaści przez Czechów. Ultimatum zostało przyjęte przez Czechosłowację, która zgodziła się odstąpić sporny teren. W czasie zajmowania Zaolzia przez wojsko polskie zginął co prawda 1 żołnierz czechosłowacki, ale tylko dlatego, że otworzył ogień do polskich żołnierzy, a otworzył ten ogień, bo nie dotarła do niego informacja o przekazaniu terenu i rozkazy żeby do Polaków nie strzelać – przykra pomyłka po prostu.

6
0
Będziemy wdzięczni za komentarzex