Na wszystko jeszcze raz popatrzę

Dom Studencki Żaczek był moim domem w latach 1968-1972 r., kiedy studiowałem historię na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Zamieszkałem w nim jako student drugiego roku i opuściłem go dopiero po czterech latach po obronie pracy magisterskiej.


Na drugim roku zakwaterowano mnie w pokoju pięcioosobowym, w którym jako szósty mieszkał walet. Był nim sympatyczny student trzeciego roku prawa Stasiu Szwan z Sanoka. Warunków do nauki w tym pokoju wprawdzie nie było, ale z moimi współlokatorami szybko zaprzyjaźniłem się. Pamiętam ich doskonale. Jasiu Kruczek, student piątego roku historii sztuki, pochodzący z Bielska-Białej, pasjonował się
boksem i również czynnie go uprawiał. Pewnego razu Stasiu Szwan zaczął niby boksować się z siedzącym przy stole Jasiem i niechcąco boleśnie uderzył go w nos. Ten poderwał się z krzesła i niewiele
brakowało, aby zadał mu kilka bokserskich ciosów, na szczęście zdążył się opanować.


Stasiu Szwan był melomanem i razem z mieszkającym z nami Wackiem Osadnikiem, studentem pierwszego roku slawistyki, pochodzącym z Tarnowskich Gór, często słuchali muzyki poważnej przy oświetleniu pokoju lampkami nocnymi, siedząc oparci o ściany na łóżkach i zatopieni myślami w jej dźwiękach.


Andrzej Rokita, student trzeciego roku prawa z Kielc, miał z kolei inne zainteresowania i w piątkowe popołudnia spędzał zwykle czas ze swoją dziewczyną z Krakowa, stawiając nam piwo lub zobowiązując się do wysprzątania pokoju, który na ten czas opuszczaliśmy, pozostawiając go do jego dyspozycji.


Wprawdzie sami dbaliśmy o czystość w naszym pokoju, ale raz w miesiącu gruntowne sprzątanie robiła w nim pani Szatanowa, starsza już wiekiem, która sprzed wojny pamiętała jeszcze jako studenta Józefa Cyrankiewicza, powojennego długoletniego premiera PRL, pracując już wtedy w Żaczku, o czym nam sama opowiadała.


Wieczorem 1 kwietnia 1969 r., kiedy byłem już w łóżku, do naszego pokoju przybiegł jeden ze studentów, krzycząc: „Naszych biją przed hotelem „Cracovia!” Koledzy chwycili w ręce pasy wojskowe, ponieważ odbywając służbę wojskową podczas studiów, mieliśmy mundury w akademiku i wybiegli na pomoc. Po pewnym czasie wrócili z niewyraźnymi minami, ponieważ rzekoma bijatyka przed „Cracovią” okazała się tylko żartem prima aprilisowym.


W pamięci szczególnie zapadł mi jeszcze jeden nasz współlokator z opisywanego pokoju nr 368. Był nim Adam Rogowski, także student trzeciego roku prawa, bardzo przystojny i umiejący korzystać z uroków życia studenckiego. Na naukę poświęcał niewiele czasu, ale obdarzony doskonałą pamięcią szybko uczył się. Niestety, na trzecim roku w sesji zimowej, pozostało mu tylko trzy dni, aby przygotować się do egzaminu, który miał zdawać u prof. Konstantego Grzybowskiego z zakresu znajomości doktryn politycznych i prawnych. Podręcznik na ten temat, napisany przez profesora liczył kilkaset stron i nie
sposób było opanować jego zawartości w tak krótkim czasie.


Adaś Rogowski, siedząc przy stole w naszym pokoju, zaczął się głośno zastanawiać, czego byłem świadkiem, jak wybrnąć z tak niekorzystnej dla niego sytuacji. Dwa poprzednie egzaminy miał zdane z wynikiem bardzo dobrym. W tej sytuacji postanowił zaryzykować. Wiedział, że ulubionym pytaniem profesora są poglądy Niccolo Machiavellego na temat władzy i ludzi, renesansowego polityka włoskiego i pisarza politycznego, żyjącego w XVI wieku. Odpowiedź na to pytanie zdążył przygotować bardzo starannie, podobnie też zapoznał się dokładnie z artykułem profesora o faszyzmie, opublikowanym w pierwszych latach po zakończeniu drugiej wojny światowej. Z takim zasobem wiedzy udał się na egzamin już w godzinach późno popołudniowych, zamierzając go zdawać jako ostatni ze studentów. Pozostał na korytarzu sam, bowiem profesor Grzybowski, przekonany, że już nikt na egzamin nie czeka, wyciągnął kanapki i zaczął przygotowywać się do kolacji. Rogowski zniecierpliwiony zapukał i otworzył drzwi do gabinetu profesora. Ten zdziwiony przeprosił go, że o nim zapomniał. Rozpoczął się egzamin, który polegał na udzieleniu odpowiedzi na trzy zadane przez egzaminatora pytania. Pierwsze z nich to poglądy
filozofów jońskich głoszone na kilka wieków p.n.e. Oczywiście Adaś Rogowski nic o tych filozofach nie potrafił powiedzieć, poza tym, że stwierdził jakoby te poglądy były zbliżone do poglądów, żyjącego dwadzieścia wieków później Niccolo Machiavellego, a to było ulubione pytanie profesora, które zostało mu natychmiast zadane jako drugie. Tym razem odpowiedź była wręcz znakomita. Adaś Rogowski został jeszcze poproszony przez profesora, aby zreferował treść lektury, którą przygotował na egzamin, natychmiast odpowiedział, że jest nią wspomniany artykuł profesora o faszyzmie i płynnie zreferował jego treść.


Profesor był w pełni usatysfakcjonowany tymi dwoma odpowiedziami. – Niestety, piątki do indeksu nie mogę panu wpisać, najwyżej minus pięć, bo o filozofach jońskich nie usłyszałem zbyt wiele – powiedział do Rogowskiego. Na to ten nieśmiało potwierdził, że rzeczywiście zdenerwował się i sam nie jest zadowolony ze swojej odpowiedzi. Profesor przytaknął głową ze zrozumieniem, wpisując minus pięć do rozłożonego na biurku indeksu, którego właściciel zaśmiewał się później, opowiadając mi o tym egzaminie.


Adaś Rogowski słynął również z tego, że był wierny maksymie, którą często powtarzał: „Żyć krótko, ale wesoło”. Dzisiaj nie ma go już pośród żyjących, odszedł przedwcześnie.


W kilkuosobowym pokoju nie sposób było się uczyć, stąd też dużo czasu spędzałem w czytelni głównej Biblioteki Jagiellońskiej lub w pokojach do cichej nauki, które były w akademiku Żaczek i nazywano je „kuźniami”. Często w nich spotykałem Antosia Barciaka, starszego ode mnie historyka, późniejszego profesora Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.


Kiedy byłem na drugim roku studiów, kierownikiem Żaczka ostatni rok przed emeryturą był Jan Buszek, bardzo lubiany przez studentów i nazywany “Królem waletów” ze względu na pobłażliwość, jaką okazywał wobec ich nielegalnego pobytu i zamieszkania w akademiku. Pewnego razu w zimie w „studni”, czyli wewnętrznym dziedzińcu czworobocznego akademika, biłem się z kolegami kulami śnieżnymi, w końcu wobec ich liczebnej przewagi zmuszony do ucieczki, podczas której naprzeciwko mnie niespodziewanie zza rogu wyłonił się kierownik Buszek. Nie mogąc mnie już ominąć na mój widok zdążył tylko rozłożyć ręce, co ja biegnąc również zrobiłem i mocno stuknęliśmy się dłońmi. – Byłbyś mnie pan zabił – krótko
podsumował zderzenie, a ja za całe zajście, czując się winnym, serdecznie go przeprosiłem.


Z pierwszych tygodni pobytu w Żaczku pamiętam jeszcze epizod związany z zakwaterowania studentek na piątym piętrze, które dotychczas było zamieszkałe w przez studentów. Było to jesienią 1968 r., w kilka miesięcy po marcowych rozruchach studenckich, na tym piętrze wstawiono oddzielne drzwi, które miały utrudniać niekontrolowane wejście do żeńskiej części akademika. Niespodziewanie przez radiowęzeł nadano komunikat, że owe drzwi zostały ukradzione, a sprawcy tego czynu w wypadku ich wykrycia zostaną wyrzuceni z akademika. Drzwi jednak nie odnalazły się, musiano je zastąpić nowymi, a studentów, którzy to zrobili nigdy nie wykryto i nie ukarano.

Tablica pamiątkowa na murze Domu Studenckiego “Żaczek”

Po zdanych egzaminach latem 1969 r. studenci w Żaczku urządzali mocno zakrapiane imprezy, wyrzucając opróżnione butelki po różnych trunkach z okien akademika na ul. Kadrówki, która cała była zasłana potłuczonym szkliwem. Wtedy obowiązki kierownika Żaczka pełnił już Zbigniew Bajka, który zauważył okno pokoju, z którego najczęściej wypadały butelki. Ustalono numer tego pokoju i wszyscy jego mieszkańcy wraz z waletem Andrzejem Chwalbą, moim kolegą z roku, zostali pozbawieni prawa mieszkania w akademiku, z zakazem wstępu do niego.


Na początku trzeciego roku zamieszkałem w pokoju trzyosobowym wraz z historykiem Jankiem Malczewskim i chemikiem Michałem Nowakiem. Wtedy to usłyszeliśmy nadawane przez radiowęzeł komunikaty, że ktokolwiek przyjmie na waleta usuniętych karnie z akademika wspomnianych studentów, w wypadku wykrycia tego czynu, zostanie wraz z nimi usunięty z akademika.

Niespodziewanie i ku mojemu zaskoczeniu, Andrzej Chwalba postanowił u nas waletować. Był jednak dobrym moim kolegą i nie miałem odwagi, aby mu wprost powiedzieć, że nie wyrażam na to zgody. Pewnego wieczoru Andrzej pojawił się w naszym pokoju. Miał z sobą materac, który nadmuchał powietrzem, rozłożył go na podłodze, przykrył dwoma prześcieradłami i kocem, a następnie przygotowany do spania, w samych tylko spodenkach i podkoszulku, wsunął się pod przygotowane przez siebie posłanie, wyciągając się na nim z zadowoleniem na twarzy, że wreszcie sobie odpocznie i wyśpi się. Janek Malczewski nic się nie odzywał, ale wiedział o zamiarze Michała Nowaka, który za chwilę ostrym tonem powiedział do Andrzeja, aby natychmiast opuścił pokój i u nas nie waletował. W tym momencie błogi uśmiech zniknął z twarzy naszego niedoszłego współmieszkańca, szybko wstał i pozbierał swoje rzeczy. – Ale się ku..a u was na waletowałem – pożegnał nas tymi słowami, wychodząc z pokoju.
U nas wprawdzie nie waletował, ale nadal pozostał moim bardzo dobrym kolegą. Po latach Andrzej Chwalba został profesorem historii i prorektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego.


Z pobytu w tym trzyosobowym pokoju zapamiętałem też niezwykłe zdarzenie. W dniu szkolenia wojskowego, koledzy Michała Nowaka przyprowadzili do naszego pokoju kompletnie pijanego, z objawami zatrucia alkoholowego, ubranego w mundur wojskowy studenta chemii. Położyliśmy go na jednym z łóżek, był bardzo blady i prawie nie dawał oznak życia. Okazało się, że założył się ze studentami prawa, kto więcej wypije piwa. Skończyło się na dwudziestym pierwszym kuflu. Zakład wprawdzie wygrał – noc spędził w naszym pokoju, przeżył ją szczęśliwie i dopiero o ósmej rano po odzyskaniu przytomności, o własnych siłach udał się do swojego domu w Krakowie. Nazwiska zwycięzcy tego niechlubnego zakładu nie starałem się ustalić.


Później, niestety nie pamiętam dobrze tego okresu z pobytu w akademiku, mieszkałem znowu ze studentami prawa. Byli nimi: Zdzisek Kozioł z Wolbromia, Piotrek Sarnat oraz Mateusz Jasonek, który odznaczał się fenomenalną i trwałą pamięcią. Potrafił nawet recytować całe strony z podręcznika historii czy z podręcznika do nauki języka rosyjskiego, z których uczył się w szkole podstawowej w Kozłowie, pow. miechowski, skąd pochodził. Chyba na czwartym roku zmieniłem pokój i moimi nowymi współlokatorami zostali: Józef Kubień, historyk z naszego roku i doktorant rusycystyki Bogusław Mucha, który później został profesorem, pracując m.in. na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach.


Na piątym roku zamieszkałem w pokoju dwuosobowym, oznaczonym numerem 317, wraz ze wspomnianym Józefem Kubieniem, pochodzącym z Lipowca koło Nierodzimia na Śląsku Cieszyńskim. Józiu, który należał na studiach do moich najbliższych przyjaciół, był słabego zdrowia i miał poważną wadę serca. Wiosną 1972 r. trafił do szpitala kardiologicznego w Krakowie, gdzie z akademika dowiozłem go taksówką, ratując mu wtedy życie – jak powiedzieli lekarze – poprzez udzielenie szybkiej pomocy i dowiezienie na czas pod ich opiekę. Niestety, trzy lata później, pracując jako nauczyciel historii w jednej ze
szkół średnich w Cieszynie, zmarł tuż przed rozpoczęciem egzaminów maturalnych w pierwszych dniach maja 1975 r.


Moje studia historyczne dobiegały końca, terminowo obroniłem pracę magisterską, zatytułowaną „Doktryna wojenna II Rzeczypospolitej w latach 1918-1939”” i otrzymałem polecenie wykwaterowania się z Żaczka w dniu 24 czerwca 1972 r. Bardzo to przeżyłem, bo z moim domem studenckim emocjonalnie byłem bardzo związany.

Z tego też powodu poszedłem do kierownika Zbigniewa Bajki i poprosiłem, żeby pozwolił mi jeszcze jedną noc spędzić w Żaczku z 24 na 25 czerwca. Podkreśliłem w rozmowie, że będzie to moja ostatnia noc w tym akademiku, bowiem do niego już nigdy nie wrócę.


Wyraził zgodę, za co byłem mu bardzo wdzięczny i dopiero nazajutrz, w piękny słoneczny dzień opuściłem mój ukochany Żaczek, żegnany piosenką Tadeusza Woźniaka „Zegarmistrz światła”, płynącą z głośnika ustawionego przed akademikiem. Brzmienie jej końcowych słów do dzisiaj pamiętam: „(…) na wszystko jeszcze raz popatrzę i pójdę, nie wiem gdzie, na zawsze”.

0 0 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadomienie o
guest

0 Komentarze
Informacje zwrotne Inline
Wyświetl wszystkie komentarze
0
Będziemy wdzięczni za komentarzex